i żebyś przyszedł do mnie na lekcje, powiedział nauczycielowi, który właśnie prowadził zajęcia, że masz zajebiście ważną misję do załatwienia, będącą sprawą życia lub śmierci. nauczyciel stałby jak wmurowany, patrząc na Ciebie jak na kosmitę. Ty podbiegłbyś do mojej ławki i położył na niej małą, zwiniętą karteczkę. nie mógłbyś od tak sobie pójść, więc pocałowałbyś mnie lekko. wychodząc za drzwi, patrzyłbyś na mnie, a na koniec krzyknąłbyś głośne 'kocham Cię'. siedziałabym do dzwonka, z uśmiechem na twarzy, wciąż ściskając w ręce liścik:
'to do wieczora, kotek' .
nie no miło, nawet bardzo. ale nie chce jutro do tej pieprzonej szkoły, bo będę musiała przesiedzieć wszystkie lekcje. a teraz taki boski chill. nie chce mi się uczyć na jutro, zwolniłam się z lekcji, kochana osoba odprowadziła mnie i teraz zamulam. zaraz chyba się prześpię, żeby lepiej się poczuć, a później może na mały zabieg rączek (od tej tarki są już bardzo suche!).
potrzebny jest czyjś uśmiech, aby samemu też się uśmiechnąć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz